Przedstawiciele barbarzyńskiej kultury
Wśród wąskich azjatyckich uliczek miejskich szeroki strumień pojazdów nie dudni czerwonym od złości zgrzytaniem zębów. Po twarzach stojących w korkach kierowców nie spływają grymasy gniewu i niezadowolenia.
Tu każdy uczestnik ruchu ma oczy dookoła głowy, a mijające się z ciężarówkami na zapałkę tuk-tuki czy skutery, na których niejednokrotnie przemieszcza się pięcioosobowa rodzina, są zjawiskiem normalnym, podobnie jak wyprzedzanie na czwartego. W takich miejscach ruch reguluje powszechna uprzejmość i uważność, a nie trójkolorowe fazy.
Życzliwość za kółkiem – znacie w ogóle to uczucie?
Na ulicach, ponieważ akurat w tym kraju chodników nie ma, autochtoni szukają z tobą kontaktu wzrokowego, a ich oczy i usta szczerze przedstawiają pozytywne emocje.
Uśmiechnięci i serdeczni przechodnie – pomyślałby kto!
Przejeżdżający przez miasto pociąg pełny turystów przyciąga wzrok i uwagę nie tylko dzieci wracających ze szkoły. Również dorośli machają do turystów siedzących w wagonach jak kury na grzędzie.
W jednej z nadmorskich streetfoodowych jadłodajni pudełko świecowych kredek kilkuletniej córki właścicieli pozwala zbudować most między naszymi kulturami. Jedna ze ścian lokalu, która służy za szkicownik, migiem zostaje przyozdobiona podobiznami lokalnych i egzotycznych zwierząt. Angielskojęzyczny kontent dostępny przez Internet wykonuje swoją niewidzialną pracę, a jej owoce słychać w wielowątkowej rozmowie z dziewczynką. Czego złego by nie rzec o epoce smartfonowej, to dzięki technologii LLM zmiażdżyła bariery językowe i zmniejszyła dystans kulturowy.
Lokalne buddyjskie świątynie, choć podobnie do naszych domów bożych ociekają kolorem złotym, to opiekujący się nimi mnisi nie dźwigają trzech podbrudków. Religia jak religia, w swych podstawowych założeniach nie różni się od tej dominującej w naszej części świata, a jednak Budda zdaje się zapewniać swego rodzaju równowagę między sacrum a profanum. Muszę szczerze przyznać, że choć na co dzień stronię od kościołów, a czasami wręcz szerokim łukiem je omijam, to tutejsza kultura świątynna nie powoduje u mnie nieprzyjemnej czkawki świętojebliwego odklejenia od rzeczywistości. Mimo tego, że Gautama był bardzo nieludzkim oświeconym odklejeńcem. Tudzież ponadludzkim.
Młodzież powiedziałaby pewnie uber-oświeconym.
A jak już o młodzieży mowa – pokolenie, które w geście dezaprobaty zepsutego kościoła obchodzi dziennicę śmierci Karola W., tu potrafi usiąść w swastikasanie naprzeciw Buddy – naturalnie, bez nabożnej powagi, ale też bez sarkastycznego grymasu na twarzy. Młodzi bez zająknięcia uczestniczą również w spontanicznym oprowadzaniu przez pomieszczenia świątyni, które zaoferował nam mnich, gdy ujrzał nas błądzących po jego podwórku. Rundka zakończyła się wręczeniem karty informującej o datkach, przyłożeniem oraz wpisem w księgę darczyńców – imię, nazwisko, kraj i kwota.
Nie sposób przy tym wszystkim nie zauważyć, że tubylcy gonią za pieniądzem, a szczególnie tym drukowanym w obcych bankach narodowych. Jednak to dążenie do powiększenia stanu posiadania zdaje się być bardzo utylitarne. Nie jest zbyt nachalne ani nie nosi znamion "po trupach do celu".
Zastanawiam się, czy tutejsze społeczeństwo nie osiągnęło jeszcze punktu kulminacyjnego – nie przekroczyło piekielnego progu. W moim odczuciu wykazuje aktualnie wiele podobieństw do tego, co osobiście pamiętam z dzieciństwa lat 80. i 90. Okresu, w którym posiadaliśmy więcej znajomych i przyjaciół niż dóbr materialnych. A może to lwi spokój ducha w stylu azjatyckim połączony z wszechobecną bliskością natury i skąpana w zapachu buddyjskich kadzidełek religijność nie pozwoliły ludziom odkleić się od życia. Pozostać niebuddyjsko ludzkimi. Wręcz prymitywnie ludzkimi.
Aczkolwiek mam wrażenie, że z czysto humanitarnego punktu widzenia określenie "prymitywny" bardziej pasuje do zachodniej kultury europejskiej. Bo mimo tego, że na zachodzie żyjemy w przepychu i dobrobycie, to chyba jednak nam bliżej do prymitywnych barbarzyńców.
Przedstawiciele naszej jedynej słusznej religii stworzyli mafijną hierarchię i tkwią po uszy w sidłach układu, w ramach którego tuszowane są najcięższe przestępstwa z udziałem kleru. Kleru, który pod ochronnym parasolem nadal w wielu krajach cieszy się bezkarnością.
Nasze europejskie społeczeństwa podzielone i zmanipulowane przez partie polityczne, które dla utrzymania lub w imię zdobycia władzy nie cofną się przed niczym, są niezdolne do walki o swoje prawa i podstawowe wolności. A co takiego ostatnio wywalczyliście?
A mamy na tym świecie społeczeństwa, które potrafią się zjednoczyć, aby obudzić rządzących z zimowego snu. Takie, które potrafią tupnąć nogą i krzyknąć. Wykrzyczeć swoje prawa. Potrafią wykorzystywać technologię nie tylko do rozrywki.
Na zachodzie jesteśmy jak zahipnotyzowani, wyobcowani w swoich ojczyznach, wydrążeni emocjonalnie, znieczuleni. Wszystkie twarze odbijające niebieskie światło emitowane przez nieodstępującego nas na krok przyjaciela.
Nowa rasa.
Siedząc pod palmą na plaży przypominam sobie historię o żabie i skorpionie, którą opowiedział mi syn, i zastanawiam się, czy ta wakacyjna refleksja zostanie ze mną na dłużej? Czy po powrocie do domu będę potrafił wysyłać uśmiechy zamiast pokazywać kły? Czy skorpion musi spocząć i skonać pod drzewem Bodhi, aby poznać swą naturę?
Tylko czy jako potomkowie chrześcijan z dziada i pradziada, którym od dziecka wpaja się od przeszło 1000 lat, że wszystkie osobiste grzechy zostały odkupione przez śmierć Jezusa, znajdziemy w sobie odwagę i siłę do tego, aby samemu dźwigać ciężar własnego krzyża.
Work-Life-Balance-Scam
Mit pracy, efektywności, przedsiębiorczości i inwestycji ociekają po wirtualnych ścianach LinkedInowej stodoły. Słowem: kultura zapierdolu podana w polewie lukrowej.
"Ja robię 12 godzin i nie jestem zmęczony."
"A ja po 14 godzinach idę jeszcze na spotkanie z klientem."
Zastanawiam się, czy nie zmieniliśmy się w społeczeństwo, które znalazło nową metodę na zbawienie. Zbawienie przez wieczny protestancki zapieprz. Polska, zmęczona klęczeniem pod ciasną górą, powstała z kolan i szuka sensu życia w pracy.
Wszystko zapakowane w błyszczącą ściemę o równowadze między pracą a sferą prywatną. Podbijaną płynącym z internetów głosem jednego czy drugiego influencera, który ekspercko nam tłumaczy, dlaczego mamy wypruwać sobie żyły.
Oj, łaskawcy, jak my się wam za te mądrości odwdzięczymy?
Co ciekawe, ta obsesja na punkcie zapierdolu jest przedstawiana jako szlachetna. A przecież historia pokazuje, że praca była głównie koniecznością. Nasi przodkowie nie polowali na mamuta z pasji ani po to, by realizować swój potencjał. Walczyli z drapieżnikami, niesprzyjającymi warunkami pogodowymi, przeciwnościami losu, katastrofami, słowem z matką naturą. Często pracując ponad siły.
Dziś, w przeddzień kolejnej rewolucji przemysłowej, która zapewne pozwoli wykonać wielki krok w kierunku automatyzacji uciążliwych, monotonnych i odmóżdżających prac, powinniśmy chyba zacząć publiczną debatę nad dochodem bezwarunkowym zamiast nakręcać zapierdol w trybie non-stop.
Aby kolejne pokolenia mogły żyć i pracować z potrzeby ekspresji, a nie konieczności prehistorycznej walki o zasoby.
Gdyby to był Star Trek, to już dziś wykrzyczałbym:
Scotty, beam mich ins Schlaraffenland!
A na koniec, nie żadna zachęta do dyskusji, tylko do zadumy - ani się ważcie komentować:
Małpka w cyrku skacze
Chomiczek w klatce siedzi
Przy niedzieli ksiądz bredzi
Decyzje spływają z nieba
Potem przesiąknięta gleba
Tłumem kręci nadmiar krwi
Ktoś wciąż z nas drwi i drwi
W wirze tego chaosu
Rozkwita owoc lotosu
Czoło ku niebu zwróć
Wypluj z siebie tę żółć