Ego
Całe życie w przebraniu wilka płynąłem pod prąd rzeki życia. Od zawsze na przekór, w poprzek albo z bezpiecznym dystansem – nigdy „grzecznie”, zawsze poza stadem. Przez ostatnie lata nocami wypluwałem z siebie katusze, pisząc głównie poematy o porażkach, rozczarowaniach, udrękach, ale też o niespełnionej miłości, niedoświadczonej błogości i Bogu, który czasem obija się o ściany czaszki w medytacji. I broń Cię, Panie Boże, nie myl tego ze wszechobecnym njuedżowym szajsem.
Poruszam się między skrajnie różnymi doświadczeniami – od przyjemnych i pożądanych, przez zupełnie nijakie, aż po te najcięższe, których nikt dobrowolnie nie zamawia. Tak, pociągam też za struny tych niechcianych, ciężkich dźwięków, bo życie każdego człowieka puszcza czasem ponure piosenki i odgrywa fałszywe nuty. Bez wyjątku – biedny czy bogaty, ładny czy brzydki, z miasta czy z prowincji – fundamenty ludzkiej psychiki układają się jak nuty jednej, uniwersalnej melodii. To właśnie te trudne momenty, chwile próby naszego człowieczeństwa, są dla mnie najcenniejsze: stanowią brutalną, ale uczciwą okazję do wzrostu. Do dojrzewania.
Niestety w tych najcięższych chwilach większość ludzi ucieka od swoich problemów i rozterek – w alkohol, narkotyki, nadgodziny, szybki seks, kolorowe tabletki. Wolą zagłuszyć niż usłyszeć, co naprawdę w nich wyje. Wypierają uczucia, nie chcą spojrzeć w pustkę we własnych oczach. Konfrontacja z wewnętrzną brzydotą to nie jest „miła praktyka rozwojowa”, tylko operacja bez znieczulenia.
W konsekwencji wiodą żywot bez ognia w piersi i bez błysku w oku. Żyją w wyimaginowanej bańce bezpieczeństwa, chociaż stoją na beczce prochu. Gdybym miał szczerze ocenić stan zdrowia naszego globalnego społeczeństwa, powiedziałbym krótko: wypadamy na zakręcie. Ludzie często są bezduszni, wrogo nastawieni wobec siebie i natury, rywalizujący i zawzięci, aż zęby zgrzytają. Czasami wręcz czuć ich zgniliznę z daleka.
Jeżeli nie lubisz smrodu i wolisz słodkie bajki o „świetlistej miłości” oraz „wysokich wibracjach”, serio – możesz jeszcze zawrócić. Dalej będzie tylko głębiej, brudniej i bliżej kości. Jeśli w głębi duszy czujesz, że w drodze do nieba nie da się ominąć piekła i mimo lekkiego wkurwienia nadal tu jesteś, to możemy zrobić kolejny krok.
Wiem to, bo sam przez lata byłem taką bezduszną, cuchnącą osobowością. Z zewnątrz nic nie budziło wątpliwości, a w środku szerzył się rozkład. Ale mimo tego syfu nie przestałem szukać znaku na niebie, który pokazuje drogę do domu. Ludzie takiego znaku szukają, nawet jeśli się do tego nie przyznają. Często wypierając ten fakt przed samymi sobą. A tak naprawdę każdy chce powrócić do domu, do swojej osobistej ojczyzny.
Każdy bezdomny zasługuje na ciepły dom.
Jeżeli uważnie i bez uprzedzeń zanurzysz się w tym, co tu wypisuję, jest spora szansa, że w tym ciężkim, czasami wręcz bardzo ciężkim klimacie zobaczysz kawałek swojego życia. Swoje problemy, swoje rozczarowania, a może nawet cichy promyk nadziei albo zarys rozwiązania, którego do tej pory nie mogłeś lub nie chciałeś ujrzeć. I nie będzie w tym nic wyjątkowego, bowiem jako ludzie jesteśmy do siebie cholernie podobni. Na pierwszy rzut oka się różnimy, ale w środku mamy zdumiewająco podobne rozterki, lęki i wątpliwości.
Szczerze wierzę, że moje doświadczenia, rozgrzebane i spisane w formie wierszy, opowiadań i manifestów, mogą komuś zbłąkanemu przywrócić choć odrobinę wiary w siebie. A może nawet uratować życie. Tak jak pomogły uratować moje – wyjść z biedy, z mentalnej i intelektualnej niedołężności, wyrwać się z cienia lęku. W pewnym momencie po prostu zapragnąłem oddychać pełną piersią. Żyć po swojemu, na przekór niesprzyjającym okolicznościom, mimo otaczającego zgrzytu zębów, jęków i syczącego odgłosu palącego się lontu.
W wieku czterdziestu czterech lat zrzuciłem z siebie złote futro wilka i zorientowałem się, że nie jestem do końca przesiąknięty cywilizacyjnym bagnem, kłamstwem i obłudą. Okazało się, że wylewa się ze mnie nie tylko czerń, a oczy potrafią widzieć głębię. Zrobiłem umysłowy skok w bok – w króliczą norę usłaną czymś, co kiedyś uważałem za słabość: czułością, wdzięcznością, zwykłą ludzką miękkością. Obok przygnębiających i pesymistycznych kawałków sporadycznie zaczęły pojawiać się poematy pełne miłości i współczucia.
Wszystko, co dotychczas pisałem, pisałem poniekąd do siebie i dla siebie. Autor, odbiorca i obserwator w jednej osobie. Gdy tylko coś powstawało, od razu chowałem to w sejfie. Wstydziłem się dzielić z kimkolwiek tym, co trapi mój umysł, ściska serce i zatruwa ciało.
Jednak w pewnym momencie, dzięki wytężonej uważności i właśnie dzięki tym utworom, coś zaczęło się we mnie przestawiać. Kruszyć, pękać, scalać na nowo i reorganizować. Autor, odbiorca i obserwator przestali być trzema osobnymi postaciami i krok po kroku zaczęli się synchronizować.
Nie było już wielu – został jeden. Choć w zasadzie to chyba zero.
W tej wędrówce do siebie samego te „wierszyki” wcale nie były niewinne. To one wyprowadziły każdą z tych trzech postaci z prywatnego piekła ludzkiego żywota, wrzuciły w ogień tysiąca gwiazd, a potem pozwoliły im się w tym ogniu stopić w jedno i skrystalizować.
Jeżeli istnieje choć cień szansy – a nie może go nie być, skoro wszyscy żyjemy w tym samym cieniu – że jakaś zbłąkana owca dzięki lekturze zatrzyma się na moment i zada sobie kilka zbyt długo odkładanych pytań o sens tego wszystkiego, to warto z takiej okazji skorzystać. Może znajdziesz swoją halę. Może nawet własnego pasterza.
A może wreszcie zobaczysz, że nikogo z zewnątrz już nie potrzebujesz.
Dlatego rozpocząłem projekt Porąbany Świat. Nie jako markę ani „kolejną inicjatywę rozwojową”, tylko jako żywioł – spontaniczną akcję przelewania miłości, wkurwu, bezsilności i ulgi na wirtualny papier. Dzielenia się tym na warsztatach (że niby co?), w rozmowach między swoimi, w ciszy medytacji i w codziennym bałaganie. Czasem nawet na zajęciach z wyginania misia Jogi. Wprawdzie sam nie praktykuję jogi dla ciała, bo nie umiem, ale co mi tam – niech stracę. Jest mi wprawdzie potrzebna jak drzazga w palcu, ale niech sobie będzie – sekcja Jogi.
Na poziomie gadki umysłowej niewiele więcej da się powiedzieć. Umysł nie potrafi ani oddać, ani zarejestrować głębi. Głębia kryje się gdzieś indziej: poniżej i powyżej umysłu, w samym środku ciemności. W mroku, gdzie można poruszać się jedynie po omacku.
Przebłyski tej tajemniczej głębi czasami da się poczuć między słowami. Dokładnie w tym ułamku sekundy, zanim znowu wszystko nazwiesz i wciśniesz w szufladki. Trzeba tylko być uważnym. Czujesz to?
I to jest koniec ego.